Dawno nic się nie działo, to znaczy działo się, były różne przygody ale jakoś zeszło z relacją.
Wczesną wiosną w drodze na spot mieliśmy niefajną przygodę z urwanym kołem. Trzypasmówka w środku Warszawy, dość ciasno, jedziemy w kolumnie środkowym pasem, prawym wlecze się sznur TIR-ów a na lewym leci sznurek szybkich osobówek. Pełny luzik, muzyczka gra, prędkość trzycyfrowa (tak tak, wiem). Nagle huk, głośne szuranie i raptowny wzrost oporu holowania. Rzut oka w lusterka, przyczepa przechylona, w prawym widzę snop iskier i wszystko jasne, nie mamy koła

Ciach, szybko awaryjne i nagły milion myśli w ułamku sekundy, jak to teraz najlepiej rozegrać. Byle nie dać po heblach w odruchu strachu. Zestaw dalej jakoś się prowadzi, nawet dość pewnie, karambolu chyba nie ma a przynajmniej nie widzę, muszę jak najszybciej znaleźć się na poboczu od którego oddziela mnie kolumna ciężarówek. Zdejmuję nogę z gazu, powoli spada prędkość, jedziemy tak kilkaset metrów jednocześnie kierowcy robią miejsce abym wjechał między nich i później na pobocze. Udało się, stoimy, emocje w zenicie... Wysiadam, spoglądam do tyłu, na szczęście karambolu faktycznie nie ma. Nie wiem jak ci kierowcy ominęli koło i że do niczego nie doszło. Zatrzymuje się jakiś gość, mówi, że kółko leży kilkaset metrów za nami na poboczu, gdzie ktoś już je odłożył. Krzycho idzie po zgubę, ja szybko rozkładam trójkąt, siostra robi fotki

Z przyniesionego koła jeszcze się dymi, felga gorąca, wciąż przykręcona do bębna. Szybka diagnoza, najpewniej stanęło łożysko, zjarało się i cały bęben wraz z kołem odfrunął. Oś a w zasadzie tarcza kotwiczna starta od ślizgu po asfalcie aż po czop i mocowanie amortyzatora. Laminat uszkodzony w narożniku nadkola, na szczęście niewiele jak na taką przygodę. Z jednej strony szczęście, że nic poważnego się nie stało, obyło się bez wypadku, itd. Z drugiej kombinacja co dalej robić. Kilka telefonów i ogarnięta laweta, na szczęście tylko 30 km do Agaty i Piotra czyli załogi z1c00 której raz jeszcze dziękuję za pomoc
Uszkodzenia
Akcja wymiany osi. Wszystko odbyło się u Piotra, przywiozłem na towarówce inną oś z drugiego wieloryba którą w międzyczasie ogarnąłem, sprawdziłem, wymieniłem łożyska, itd.
Naprawiony laminat, skończone tuż przed tegorocznym zlotem ogólnopolskim.
No i teraz co się stało, tego nie wiem. Łożyska (SKF) były nasmarowane a bębny dokręcone jak należy, luz wyregulowany. Co prawda nie zaglądałem tam przez około 16.000 km ale nie było żadnych oznak tego, że coś się dzieje. Żadnych szumów, pisków, pływania koła, itd. Od szukania w czeluściach internetu możliwej przyczyny prawie odpadły mi oczy. Wychodzi na to, że najpewniej pękła jedna z rolek, rozsypała się i zablokowała łożysko które w mgnieniu oka rozleciało się. Pod nakrętkami nie miałem tych wielkich podkładek które występują w niewiadowskiej osi a które to w razie takiego scenariusza nie pozwalają aby bęben z kołem odleciał. Koło stanie skosem ale nie odpadnie. W kolejnej osi dołożyłem te podkładki.
Założyłem łożyska z Kraśnika, dokładnie wyregulowałem luzy. Smarowałem smarem BPW który ponoć nie ma sobie równych a przynajmniej tak twierdzi znajomy z branży motoryzacyjnej "wagi ciężkiej".
Podsumowując, oby nikt z Was nie musiał przeżywać takiej przygody. Teraz będę częściej zaglądał do łożysk bo nie ma żartów, nawet gdy wszystko wydaje się być OK. Jako ciekawostkę powiem, że na spot i tak dotarliśmy

Po odholowaniu przyczepy szybko wróciliśmy do Radomia po Krzycha eNkę, następnie z powrotem do wieloryba po wszystkie spakowane na pokładzie graty i dalej w drogę. Koło północy, po dniu pełnym przygód sączyliśmy już złociste przy ognisku
